Kategorie: Wszystkie | Anime | Mangi | Meme
RSS
czwartek, 30 września 2010
Muzyczne meme 3

Miesięczne meme z openingów i endingów – lista punktów:
1. Twój ulubiony opening.
2. Twój najmniej lubiany opening.

3. Piosenka, która poprawia ci humor.
4. Piosenka, która cię dołuje.
5. Piosenka, która kojarzy ci się z pewną postacią.

Cała lista tu.

 

3. Piosenka, która poprawia ci humor.
Przy tym punkcie nie miałam większych problemów z wyborem.

Ending z Peacemaker Kurogane, czyli piosenka Hey Jimmy w wykonaniu zespołu Hav. Wystarczy spojrzeć na tę animację i już ma się szeroki uśmiech na twarzy. Jest tak radośnie bezsensowna i absurdalna, że pasowałaby do Gintamy – skojarzenie wzmacnia jeszcze fakt, że anime, z którego pochodzi piosenka, również traktuje o Shinsengumi. A poza tym Okita z Peacemaker Kurogane to chyba moja ulubiona wersja tej postaci (Zresztą Okita zawsze jest fajny. Nawet w Hakuouki). Jest po prostu słodki. I oprócz gruźlicy ma świnkę, widoczną w endingu^^ Znam tę piosenkę dopiero od sierpnia, ale z miejsca stała się moim ulubionym poprawiaczem humoru.

18:35, vatelema , Meme
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 września 2010
Muzyczne meme 2

Miesięczne meme z openingów i endingów – lista punktów:
1. Twój ulubiony opening.
2. Twój najmniej lubiany opening.
3. Piosenka, która poprawia ci humor.
4. Piosenka, która cię dołuje.
5. Piosenka, która kojarzy ci się z pewną postacią.
6. Piosenka, która kojarzy ci się z pewną sceną.
7. Opening, w którym pojawia się jakieś zwierzę (ewentualnie stworzonko).
8. Piosenka zawierająca engrish.
9. Żywa piosenka, przy której aż chce się biec, masakrować wro... emm... tańczyć?
10. Spokojna piosenka.
11. Opening z lubianego przez ciebie anime.
12. Opening z nielubianego przez ciebie anime.
13. Opening, który nie powinien ci się podobać i głupio ci z faktem, że tak nie jest.
14. Random!
15. Opening, który cię opisuje.
16. Opening, którego początkowo nie lubiłaś, ale później ci przeszło.
17. Świetna piosenka z kijową animacją.
18. Kiepska piosenka z dobrą animacją.
19. Przykład, gdy muzyka i animacja świetnie ze sobą współgrają.
20. Piosenka, która wywołała we mnie złość.
21. Opening zawierający emocącą się postać.
22. Fazowa piosenka.
23. Opening zawierający wątek miłosny.
24. Opening zawierający trupa/scenę śmierci.
25. Piosenka, która cię rozśmiesza.
26. Opening zawierający instrument muzyczny.
27. Klimatyczny opening.
28. Opening z czasów młodości.
29. Opening zawierający fanserwis dla pań.
30. Opening zawierający fanserwis dla panów.

 

2. Twój najmniej lubiany opening.

Początkowo wydawało mi się, że z tym punktem też będę mieć spory problem. Niektóre openingi i endingi, które słyszałam, były kiepskie, więc po pierwszym przesłuchaniu nigdy więcej ich nie włączałam – a co za tym idzie, zapomniałam o nich na śmierć, więc teraz trudno mi je przywołać. Ale czy zdarzył się jakiś opening, po wysłuchaniu którego krew mnie zalała, a na jego wspomnienie dalej mam żądzę mordu w oczach? W pierwszej chwili pomyślałam, że nie, ale potem przypomniałam sobie to:

 

Dziesiąty opening One Piece (dziewiąty wedle innej numeracji). Pytacie, co w nim takiego złego? Otóż jest to koszmarny remix pierwszej onepiecowej piosenki, We are, wykonany przez zespół TVXQ. Nie zrozumcie mnie źle, pierwowzór lubię (a jego wersję wykonaną przez seiyu głównych bohaterów (opening 7) wręcz uwielbiam), ale to, co zrobiono z nim tutaj, przechodzi ludzkie pojęcie. Dodanie elektronicznej rąbanki całkowicie zabiło klimat piosenki. Pierwsza wersja jest żywa, skoczna i radosna, a ta razi nudą i ciągnie się jak flaki z olejem. Wokalista śpieeeeewa straaaaasznie poooowooooli, a co za tym idzie, animacja też się wlecze (poza tym sama strona graficzna nie jest taka zła, a przypomnienie kilku najważniejszych scen serii nie było takim złym pomysłem). Ten opening mnie dobija i jeśli o mnie chodzi, to spokojnie mógłby nigdy nie powstać.

12:57, vatelema , Meme
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 września 2010
Muzyczne meme 1

Ostatnio na kilku blogach, które śledzę, popularne stały się muzyczne meme. Postanowiłam nie być gorsza i przyłączyć się do zabawy – zrobić miesięczne meme z muzyki z anime. A może przy okazji wreszcie nauczę się pisać systematyczne notki^^

Pytania bezwstydnie zaiwanione od Tren.

Miesięczne meme z openingów i endingów - lista punktów:
1. Twój ulubiony opening.
2. Twój najmniej lubiany opening.
3. Piosenka, która poprawia ci humor.
4. Piosenka, która cię dołuje.
5. Piosenka, która kojarzy ci się z pewną postacią.
6. Piosenka, która kojarzy ci się z pewną sceną.
7. Opening, w którym pojawia się jakieś zwierzę (ewentualnie stworzonko).
8. Piosenka zawierające engrish.
9. Żywa piosenka, przy której aż chce się biec, masakrować wro... emm... tańczyć?
10. Spokojna piosenka.
11. Opening z lubianego przez ciebie anime.
12. Opening z nielubianego przez ciebie anime.
13. Opening, który nie powinien ci się podobać i głupio ci z faktem, że tak nie jest.
14. Random!
15. Openig, który cię opisuje.
16. Opening, którego początkowo nie lubiłaś, ale później ci przeszło.
17. Świetna piosenka z kijową animacją.
18. Kiepska piosenka z dobrą animacją.
19. Przykład, gdy muzyka i animacja świetnie ze sobą współgrają.
20. Piosenka, która wywołała we mnie złość.
21. Opening zawierający emocącą się postać.
22. Fazowa piosenka.
23. Opening zawierający wątek miłosny.
24. Opening zawierający trupa/scenę śmierci.
25. Piosenka, która cię rozśmiesza.
26. Opening zawierający instrument muzyczny.
27. Klimatyczny opening.
28. Opening z czasów młodości.
29. Opening zawierający fanserwis dla pań.
30. Opening zawierający fanserwis dla panów.

 

1. Twój ulubiony opening.
Już pierwszy punkt przysporzył mi trochę problemów. Lubię wiele różnych openingów i endingów, niestety, nigdy nie zastanawiałam się nad tym, który z nich jest według mnie najlepszy. Koniec końców, postanowiłam wybrać piąty opening Gintamy, czyli piosenkę Donten zespołu Does. Niestety, na złym i brzydkim jutubie nie ma jej w wersji telewizyjnej, jest tylko cała piosenka z nieruchomą animacją. No ale lepszy rydz niż nic...

 

Udało mi się znaleźć oryginalny opening na innej stronie, ale ostrzegam, jakość jest potworna (w dodatku nie chce się tu wgrać, więc daję tylko link).

Za co właściwie lubię tę piosenkę? Przede wszystkim za bardzo dobre zgranie słów z grafiką. W tym openingu naprawdę można poczuć atmosferę nadciągającej burzy – coraz ciemniejsze, ołowiane niebo, duszne powietrze, uczucie zaniepokojenia, nerwową atmosferę. Wydaje się, że lada chwila nastąpi nawałnica, ale nagle deszcz odchodzi i na niebie znów króluje słońce. Może ta piosenka nie współgra z komediowym charakterem Gintamy, ale idealnie podkreśla mroczny klimat poważniejszych epizodów anime.

 

PS. Jeśli ktoś by pytał, to podsumowań anime tygodnia już raczej nie będzie. Słomianego zapału starczyło mi na dwie i pół notki, a skoro nikt nie komentował, to bez żalu porzucam ten typ wpisów.

15:55, vatelema , Meme
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 27 września 2010
Kaichou wa Maid-sama! oraz Katekyo Hitman Reborn! - podsumowanie

Sezon letni powoli się kończy, a wraz z nim parę serii, które miałam nieprzyjemność oglądać. Dziś wrażenia z dwóch serii, sponsorowanych przez literkę K jak komedia, czyli z Kaichou wa Maid-sama! oraz z (dosyć niespodziewanie skończonego) Katekyo Hitman Reborn!

 

Kaichou wa Maid-sama!

Kaichou

Liceum Seika przez laty było szkołą tylko dla chłopców. Mimo iż kilka lat temu stało się szkołą koedukacyjną, płeć brzydka wciąż przeważa ilościowo nad płcią piękną. Kiedy Misaki Ayuzawa zostaje pierwszą w historii szkoły kobietą-przewodniczącą, za swój główny cel obiera ukrócenie swawolki męskiej braci i sprawienie, by szkoła stała się jak najprzyjemniejszym miejscem dla dziewcząt. Jak się okazuje, Misaki ma również swoją tajemnicę – pochodzi z ubogiej rodziny, więc musi dorabiać, by wspomóc domowy budżet, a pracuje w kawiarence cosplaiowej, Maid Lette. Gdyby ten fakt wyszedł na jaw, reputacja groźniej i surowej przewodniczącej zostałaby bezpowrotnie stracona. Jednak na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności dowiaduje się o tym jeden ze szkolnych kolegów, tajemniczy (i bardzo przystojny) Takumi Usui. I tak rozpoczyna się historia naszych głównych bohaterów.

Jeśli chodzi o fabułę, to zarysowuje się nam ona już w pierwszym odcinku. Mamy nienawidzącą chłopców i nieświadomą swoich prawdziwych uczuć Misaki oraz Usuia – przystojnego, popularnego chłopaka, który zakochuje się w pozornie nieprzystępnej i przerażającej przewodniczącej. Seria ma 26 odcinków, więc chyba nikogo nie dziwi, że postępy w relacjach tych postaci następują dość powoli, ale na szczęście nie stoją w miejscu. Niemniej jednak serii wyszłoby na zdrowie, gdyby wycięto z niej większość środkowych epizodów. Tempo anime na początku jest dość szybkie, jednak potem seria popada w wyraźny schemat: Misaki chce być samodzielna, nie daje sobie rady, pojawia się Usui, pomaga jej, dziewczyna coś tam sobie uświadamia. W dodatku, jak na serię szkolną przystało, mamy tu wszystkie wałkowane przez gatunek sytuacje: festiwal szkolny, zawody sportowe, wyjazd na plażę, gorące źródła itp. W ostatnich odcinkach coś wreszcie rusza, pojawia się bowiem Rywal w Miłości (typ: Przyjaciel z Dzieciństwa), jednak wyraźnie widać, że nie ma on u Misaki żadnych szans. Trzeba mimo wszystko przyznać, iż ostatni odcinek wynagradza schematyczność poprzednich epizodów, a zakończenie serii jest satysfakcjonujące i zamyka pewien etap historii.

Głównym atutem serii są przede wszystkim głowni bohaterowie. Misaki jest dziewczyną łączącą w sobie sprzeczności – z jednej strony postrach szkoły, z drugiej miła i uprzejma kelnerka, występująca w stroju służącej. Mieszka w rozpadającym się domu z roztrzepaną matką i młodszą siostrą, a z powodu odejścia ojca rodzina tonie w długach, co jest główną przyczyną niechęci przewodniczącej do męskiego rodu. Na początku serii główna bohaterka jest bardzo zamknięta w sobie, jednak z czasem otwiera się na innych, ba, nawet jej stosunek do chłopców powoli się poprawia. Wyraźnie widać, że nie potrafi poradzić sobie z tym, co czuje do Usuia, wmawia sobie nienawiść do niego, nazywa „zboczonym kosmitą”, traktuje jak rywala, a jednocześnie to w nim szuka oparcia w trudnych sytuacjach. Z drugiej strony mamy Takumiego – przystojnego, niezwykle popularnego i uzdolnionego geniusza, postać – wydawałoby się – ze wszystkich stron wyidealizowaną. Dopóki nie poznał Misaki, konsekwentnie ignorował wszystkie dziewczyny, często doprowadzając je tym do łez. Usui nie jest idealny – często zachowuje się arogancko, lubi chodzić własnymi drogami, z nikim się nie liczy i sprawia wrażenie, jakby bawił się innymi, czym doprowadza przewodniczącą do szewskiej pasji. Bardzo szybko uświadamia sobie, co czuje do Misaki, i konsekwentnie dąży do zdobycia dziewczyny, nie przebierając w środkach. Trzeba przyznać, że Usui jest jednym z tych bohaterów, których można polubić od pierwszego wrażenia, a jego nieprzewidywalne zachowania często rozbawiały mnie do łez.

Trzecim kątem trójkąta miłosnego jest Hinata Shintani, przyjaciel z dzieciństwa Misaki, który po kilku latach powraca do miasta, by wyznać dziewczynie miłość. Szczerze mówiąc ten bohater (a raczej jego charakter) trochę mnie zaskoczył, bo całkiem zgrabnie wyłamał się ze schematu tego typu postaci w anime. Jak już wspomniałam, od razu widać, że nie ma u przewodniczącej żadnych szans i już na starcie przegrywa z Usuiem, niemniej jednak od razu go polubiłam i pod koniec było mi go trochę żal.

Co do innych postaci, to, niestety, sprawa nie przedstawia się już tak różowo. Większość z nich jest dosyć bezbarwna albo sprowadzona wyłącznie do roli komediowej. I chociaż polubiłam koleżanki Misaki z pracy czy jej twardo stąpającą po ziemi siostrę, to klasowe przyjaciółki i członkowie zarządu szkolnego byli strasznie jednowymiarowi, a pojawiający się od czasu do czasu chłopiec-tranwescyta tylko mnie irytował.

Jeśli chodzi o stronę graficzną, to niezbyt mnie zachwyciła. Dla porównania sięgnęłam po parę pierwszych rozdziałów mangi i muszę przyznać, że w papierowej wersji większość bohaterów wygląda lepiej (szczególnie Usui). Za to za najsłabszy punkt anime uznaję muzykę. Motyw przewodni serii był po prostu irytujący i niemile kojarzył mi się z dicso polo, opening również nie zachwycał. Oba endingi były trochę lepsze, ale nadal nie wybitne.

Mimo kilku przynudnawych epizodów anime nie było takie złe, a w porównaniu z takim Kimi ni Todoke wątek miłosny rozwinął się naprawdę szybko. Seria otrzymuje ode mnie ocenę 8/10.

 

Katekyo Hitman Reborn!

Tsuna

Nieudacznik – to słowo idealnie podsumowuje Tsunayoshiego Sawadę. Kiepski w sporcie, beznadziejny w nauce, potyka się na równej drodze i stale zasypia do szkoły, do której chodzi chyba tylko ze względu na Kyoko – śliczną dziewczynę, niestety, nie zdającą sobie nawet sprawy z jego istnienia.  Jego życie zmienia się radykalnie, gdy pewnego dnia do jego domu przybywa wyglądający na kilkuletniego dzieciaka Reborn – który tytułuje się zawodowym zabójcą i wyjawia, że właśnie wybrano Tsunę na dziesiątego szefa mafijnej rodziny, Vongoli. Kompletnie ignorując niemrawe protesty chłopaka, postanawia poddać go rygorystycznemu treningowi i uczynić z niego wspaniałego zabójcę. Wkrótce pojawia się mnóstwo osób, które to chcą przeszkodzić Tsunie w objęciu szefostwa, to znowu postanawiają do niego dołączyć. I tak akcja powoli się rozkręca.

Zaczęłam oglądać to anime ponad rok temu. Już na wstępie ostrzegam – pierwsze dwadzieścia parę odcinków to istna mordęga. Przedstawiają one codzienne życie Tsuny i zacieśnianie więzi z nowymi przyjaciółmi. Większość odcinków tego łuku jest po prostu nudna, a przebrnęłam przez nie tylko dlatego, że stwierdziłam, iż liczące aż tyle odcinków anime po prostu nie może składać się tylko z takich epizodów i w końcu musi zacząć się prawdziwa fabuła. Doczekałam się w końcu kilkuodcinkowej akcji właściwej, następnie było znów kilkanaście nudnych epizodów, ale potem fabuła wreszcie się rozkręciła. Muszę jednak przyznać, że równego poziomu dalej nie trzymała, bo tak się akurat złożyło, że anime zaczęło doganiać mangę i seria została wypchana wypełniaczami. Większość fillerów trzymała poziom, jednak mimo wszystko rozciągnęły one i przedłużyły fabułę do granic możliwości.

Moje drugie zastrzeżenie jest skierowane do osób, które przeczytawszy słowo „mafia”, wyobraziły sobie mroczną historię, pełną krwawych walk ciemnych zaułkach, brudnych porachunków i nie do końca uczciwych interesów. Mafia jako taka wcale w tym anime nie występuje. Mamy za to „rodzinę” – która dba o swoich członków i walczy z siłami zła, często ratując niczego nieświadomych obywateli. Zwykłe bronie również wcale nie występują, mafiozi walczą najpierw za pomocą dziwnych technik, często nadnaturalnego pochodzenia (mowa tu o Płomieniach Ostatniej Woli czy przenoszącej w czasie 10-letnej Bazooce), a w późniejszych odcinkach pojawiają się także zagadkowe pierścienie oraz bronie z pudełek (które przypominają bardziej Pokemony niż narzędzia do walki).

Jeśli chodzi o bohaterów, to, że tak powiem, imię ich Legion. Tsuna bardzo szybko gromadzi wokół siebie całą zgraję najprzeróżniejszych dziwaków, którzy odgrywają w historii niemałą rolę. Bardzo często pokonani wrogowie przechodzą na jego stronę lub stają się niechętnymi sojusznikami. Ponieważ siła shounenów leży w bohaterach, znajdują się wśród nich prawdziwe indywidualności – niestety, charaktery większości z nich są ograniczone tylko do kilku charakterystycznych rysów. Na dłuższą metę to trochę uciążliwe, bo po pewnym czasie łatwo domyślić się, jak w danej sytuacji zachowa się poszczególna osoba, co powie i zrobi. Mimo wszystko większość z nich daje się polubić – ja osobiście pokochałam chmurnego i nieprzewidywalnego Hibariego Kyoyę, makiawelicznego Rokudo Mukuro, wybuchowego Gokuderę Hayato, zawsze pogodnego Takeshiego Yamamoto, a nawet Tsuna pomimo ciągłego narzekania nie dawał się nie polubić, zwłaszcza, gdy wreszcie stawał poważnie do walki. Jednak z drugiej strony straszliwie wkurzały mnie postaci dziecięce, szczególnie Lambo (a tak przy okazji – to strasznie irytujące, że dwulatek w tej serii wygląda identycznie jak pięciolatek), a o postaciach żeńskich to w ogóle nie będę wspominać, bo większość z nich to bezbarwne kury domowe albo zakochane maniaczki. O wiele lepiej przedstawiają się antagoniści, mówię tu głównie o członkach Varii – ta zgraja psychopatycznych wariatów od razu ujęła mnie za serce. Nowi wrogowie, którzy pojawili się w ostatnim przedstawionym w anime łuku, też są niczego sobie, a Byakuran jest jednym z najlepiej skonstruowanych głównych złych, widzianych przeze mnie w anime.

Od strony muzycznej seria prezentuje się nieźle, wśród kilkunastu openingów i endingów zdarzają się prawdziwe perełki, chociaż większość z nich jest przeciętna. O wiele lepiej prezentuje się sama ścieżka dźwiękowa, niektóre kawałki są naprawdę świetne i dobrze podkreślają klimat serii. Grafika, jak to w większości tasiemców bywa, na zbyt wysokim poziomie nie stoi, ale walki ogląda się naprawdę dobrze. Przyczepię się tylko do projektów postaci – większość z nich jest rysowana na jedno kopyto, a bohaterowie mają oczy i włosy jednakowego koloru, co niezmiernie mnie irytuje.

Cóż tu dużo mówić, KHR jest tasiemcowatym shounenem, a ja nieuleczalną fanką tasiemcowatych shounenów. Myślę, że wielu osobom to anime po prostu nie podejdzie, ja jednak obejrzałam je z przyjemnością. Tego typu historie niosą ze sobą ogromny ładunek pozytywnej energii i chwytają za serce motywami przyjaźni i poświęcenia, ponadto są okraszone solidną porcją humoru. Od razu mówię, że jeśli po pierwszych kilku odcinkach bohaterowie nie przypadną oglądającemu do gustu, lepiej nie męczyć się dalszym oglądaniem. Cieszę się również, że postanowiono zakończyć serię po sadze w przyszłości i poczekać, aż zbierze się więcej materiału z mangi, bo dalszego katowania fillerami bym nie zniosła. Moja końcowa ocena wynosi 7/10.

 

niedziela, 19 września 2010
Kuroshitsuji 2 - koniec

 

Kuroshitsuji 2 - koniec

Kuroszek

Wraz z 12 odcinkiem Kuroshitsuji 2 się skończyło. Ojakżemiprzykro, naprawdę. Pasuje więc coś napisać o serii.

Najpierw krótki opis wrażeń z 12 odcinka:

WTF? Buhahahahaha! WTF??! WWWWTTTTFFFF??! Oj, Sebi, moje kondolencje. Masz przekichane. I to, ku uciesze wszystkich yaoistek, foreveeeeer.

Koniec opisu wrażeń.

 

Kiedy pierwszy raz usłyszałam, że będzie 2 seria Kuroshitsuji, byłam trochę zdziwiona. Już w pierwszym sezonie twórcy bardzo wybiórczo wykorzystali materiał z mangi, tak właściwie tylko opierając anime na motywach – postaci były te same, ale wydarzenia całkiem inne. Nie bardzo się temu dziwiłam, bo w chwili powstania serii manga miała zaledwie kilkanaście rozdziałów. Twórcy wprowadzili więc własną główną intrygę i zakończyli ją dość drastycznie, bo śmiercią Ciela. Z tego powodu powstanie drugiego sezonu mnie zaskoczyło – bo niby jak można prowadzić sensowną akcję po zabiciu głównej postaci i rozwiązaniu wątku? Potem usłyszałam, że postanowiono wprowadzić nowych bohaterów. I już wtedy doszłam do wniosku, że coś jest nie tak z tym całym pomysłem. Niemniej jednak postanowiłam rzucić okiem chociaż na kilka pierwszych odcinków. Teraz tego żałuję.

Nikogo chyba nie dziwi, że postanowiono wskrzesić kurę znoszącą złote jaja. Ale na przykładzie Kuroshitsuji 2 śmiało mogę stwierdzić, że nekromancja na drobiu nie zawsze jest dobrym pomysłem.

Kiedy okazało się, że w anime jednak pojawią się Ciel i Sebastian, na początku się ucieszyłam, a to głównie dlatego, że obiecywani w trailerze nowi główni bohaterowie okazali się paniczem psychopatą i lokajem zboczeńcem. W dodatku stepującym zboczeńcem. Nowi bohaterowie załamywali beznadziejnością swoich charakterów, niestety, starzy również zaczęli się zachowywać, jakby nie byli sobą. Nie będę się rozwodzić nad Cielem, który miał do tego prawo, bo w końcu stracił pamięć (ale to, że nie zauważył swojej amnezji, do tej pory mnie bawi. Na litość, przecież jako szef wielkiej firmy czytał gazety, musiał być na bieżąco z nowinkami, więc jak mógł nie zauważyć kilkumiesięcznej dziury w swoim życiorysie?). Chociaż  z drugiej strony, jak paradoksalne by to nie zabrzmiało, Ciel chyba najbardziej pozostał sobą. Niestety, zbyt dużego wpływu na fabułę w tej serii nie miał. Jednak to, co w tej serii porobiło się z Sebastianem, to po prostu dno i metr mułu. Zachowuje się idiotycznie, daje się wodzić za nos, a z jego wrodzonej przenikliwości i intuicji nie zostało nic. Stracił też bardzo dużo ze swojej charyzmy, którą tak oczarował mnie w pierwszej serii. Co do reszty bohaterów (zwłaszcza tych z poprzedniego sezonu), to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zostali tu wprowadzeni tylko po to, żeby być, ot, gadające kawałki tła, zapychające czas antenowy i nie odgrywające żadnej roli. Jedynie Grell dostał trochę większe pole do popisu, ale został przywołany jedynie jako pocieszna postać humorystyczna.

Fabuła pierwszej serii (wzorem fabuły mangi) była epizodyczna, ale w tle prześwitywał wątek główny, który został wyjaśniony na końcu. W drugim sezonie twórcy postanowili pójść innym tropem i po paru jednoodcinkowych epizodach wprowadzających zaserwowali nam w zamierzeniu jednorodny, ale zaskakujący wątek. W zamierzeniu – bo, delikatnie mówiąc, trochę im nie wyszło. Bohaterowie zachowują się bezsensownie, zawierają jakieś sojusze, by w następnym odcinku łamać słowo, zdradzają, biją się, umierają, ożywiają – krótko mówiąc tłuką się po scenariuszu niczym obłąkani, a widz nie ma pojęcia, o co w ogóle im chodzi. I czy w ogóle o coś im chodzi, oprócz szpanowania umiejętnościami bojowymi (które jak na demony są raczej mizerne) i powiewania włosami tudzież frakami. Na domiar złego wątek Aloisa Trancy’ego (a zwłaszcza odcinek o jego przeszłości) zawiera sceny yaoi, które moim zdaniem wypadły dosyć niesmacznie. Tak właściwie to trochę dziwne – kiedy czyta się mangę, trzeba być bardzo wyczulonym, żeby dostrzec tam jakieś elementy shounen-ai, w pierwszej serii anime pojawiło się parę aluzji, jednak nie przeszkadzały one w odbiorze, za to w drugiej „aluzje” walą w biednego oglądającego siłą pędzącej w dół przepaści lokomotywy. Widać twórcy postanowili pójść w stronę całkowitego fanserwisu, mając gdzieś fanów mangi. Założyli, że yaoistki będą piszczeć ze szczęścia, a reszta obejrzy ze względu na starych bohaterów. Jeśli zaś chodzi o zakończenie, to odnoszę wrażenie, że twórcy dali popis swojej wyobraźni, wypiwszy przedtem coś bardzo mocnego. Widząc, co się wyrabia na ekranie, najpierw skamieniałam, porażona tego bezsensownością, a potem prawie umarłam ze śmiechu. Tym razem twórcy postawili na bardzo otwarte zakończenie, widać już planują następny sezon, którego nie obejrzę (chyba że będzie baaaaaaardzo fazowy).

Co do strony graficznej – w niektórych odcinkach wyraźnie szwankuje. Z bliska twarze wyglądają jeszcze jako tako, ale w pewnym oddaleniu zaczynają przypominać powykrzywiane i zezowate maski, a Sebastian czasami w ogóle traci oczy.

Jedyna rzecz, która mi się podobała, to muzyka, utrzymana w klimacie pierwszej serii. Bardzo podobał mi się opening (śpiewany przez The Gazette) oraz oba endingi – czołówka i piosenka końcowa były chyba najprzyjemniejszym momentem seansu.

Podsumowując – już dawno się tak nie ucieszyłam, że jakieś anime się skończyło. Szkoda mi dosyć dobrego pierwszego sezonu, szkoda bardzo fajnego materiału z mangi (Jokeeer, chlip!), szkoda zmarnowania postaci Sebastiana. Marność nad marnościami. Serię oceniam na 3 i to tylko dlatego, że Sebastian jednak tam był.

A teraz chyba przeczytam jeszcze raz mangę, bo muszę odreagować.

niedziela, 22 sierpnia 2010
Przerwa

Działalność bloga zawieszam na czas nieokreślony. Spowodowane jest to utratą zapału. Mówiąc prościej - jakoś nagle mi się odechciało.

Tagi: o blogu
20:13, vatelema
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Kuroshitsuji 2 - odcinek 7

Kuroshitsuji 2 – odcinek 7:

Kuroszek

W dzisiejszym odcinku: stężenie absurdu osiąga apogeum, a Alois chce zdobyć Ciela... w toalecie. Jeśli trzeba przeżyć coś traumatycznego, żeby przywołać demona, to po obejrzeniu tego epizodu mogę przywołać cały ich legion. Ale przechodząc do rzeczy...

Alojzy zaprasza Ciela na kolejny bal. Z rozmowy Phantomhive’a i Sebcia dowiadujemy się, co było w dokumentach z poprzedniego odcinka – ponoć Aloisowi nie podoba się, że obie rodziny są jednakowo traktowane przez królową, rozsiewa więc plotki, jakoby Ciel był opętany przez demona, a samospalenia z trzeciego odcinka były sprawką rodziny Phantomhive. Sam zaś zaciera wszystkie dowody, mówiące o swojej przeszłości.

Ciel jedzie do posiadłości rodziny Trancy. Na miejscu Alois proponuje mu honorowy pojedynek, tyle że zamiast szlachty mają walczyć... lokaje. Bu, spodziewałam się emocjonującej brudnej walki w cieniu, a twórcy postanowili zaserwować nam całkowicie odkryty pojedynek. Tym razem służący rodziny Trancy mają normalniejsze bronie, za to Sebcio zbywa ich swoimi zwykłymi sztućcami. Nie no, co on tu robi? I to z niebieskim homarem na głowie? Niech go ktoś zabije...

Po krótkich wyjaśnieniach rozpoczyna się farsa pojedynek. Naprzeciw Sebcia stają trojaczki, ale demon bez wysiłku tnie srebrnymi nożykami kuszę, topór i włócznię. Nawiasem mówiąc, Kłod potrafi wymyślać jeszcze lepsze nazwy niż Leonard z Quirmu. Chciałabym kiedyś zobaczyć trzystronne lustro.

Hm... Nie spodziewałam się, że trojaczki to też demony. To dziwne. Ilu ich tam Alois najął? Cóż, diabelskie pochodzenie diabelskim pochodzeniem, ale Sebastian i tak zawsze będzie lepszy. Po paru akrobatycznych sztuczkach z rzuconą w jego stronę włócznią robi z przeciwników szaszłyka.

Jednak nie dane jest mu odpocząć, bo rzuca się na niego ta jak-jej-tam-było, służąca z jednym okiem, i zaczyna strzelać. Pierwsza kula przeszywa rękaw fraka, więc Sebcio wyjmuje igłę oraz nitkę i ceruje dziurę, jednocześnie unikając strzałów. Pięknie. Sebastian jest żywym przykładem na to, że perfekcjonizm jednak nie jest pozytywną cechą. Służąca zostaje olana, więc wyciąga to. Gdzie ona to wcześniej trzymała? Btw. ktoś tu chyba plagiatuje Black Lagoon. Ale nawet to nie jest żadnym wyzwaniem dla Sebcia, zwłaszcza, że ma przy sobie sztućce, które mnożą się szybciej niż króliki. Nasz dzielny lokaj już ma wykończyć przeciwniczkę... gdy zegar wybija piątą i wszyscy urządzają sobie przerwę na herbatę, zgodnie z uświęconą angielską tradycją.

Głupota tej sceny przyprawia mnie o facepalm. A po chwili mam wrażenie, że zaraz ręka na stałe przylepi mi się do czoła...

Po pierwsze, oni chodzą z tą włócznią wbitą w głowy... Ale to nie koniec durnoty. Kłod zbyt długo gapi się na Ciela, więc zazdrosny Sebastian obryzguje mu twarz jajkiem. Kłod chce mu oddać, ale Sebcio się uchyla. I rozpoczyna się bitwa na jaja. Jeśli wyczuliście w tym zdaniu jakieś podteksty – wierzcie mi, były zamierzone. Zagadka roku: jak z trzech jajek można zrobić takie coś? Poza tym to było obleśne.

Potwierdza się moja teza, że Ciel to jedyna względnie normalna osoba w tym towarzystwie. Natomiast Alojzy jest tak opóźniony, że nawet jeść sam nie umie.

Po skończonym podwieczorku pojedynek, przepraszam, balet, rozpoczyna się na nowo. Kłod wkłada swojej podwładnej rękę do gardła. W pierwszej chwili myślałam, że chce, żeby zarzygała całą arenę niczym Kagura z Gintamy, ale nie, wyciąga jej z gardła coś. Bohaterowie nazywają to mieczem, ale taki z tego miecz jak ze mnie śpiewaczka operowa. A tak w ogóle to co on robił w żołądku Hany? W każdym razie nawet Alois jest tym zniesmaczony, nie mówiąc już o biednym widzu.

Przy opisie miecza użyto słów „starożytny”, „demoniczny”, „wieczna” i „ciemność”, więc nic dziwnego, że jest tak wypasiony, iż potrafi przeciąć sztućce Sebastiana, czego wcześniej nie potrafiła zrobić nawet piła motorowa Grella. W dodatku poniszczył Sebciowi fryzurkę. Kłod, ty bandyto, jak śmiałeś!

Ciela to nie rusza i idzie sobie do kibelka. A Kłod, korzystając z chwili nieuwagi Sebcia, łapie go w sztampową pułapkę z drucików. Wymyśliłby coś bardziej oryginalnego, podróbek jeden.

Okazuje się jednak, że kibelek był tylko pretekstem – Phantomhive wyzywa Aloisa na pojedynek. Trancy jest tym faktem wybitnie rozczarowany, widać, że naprawdę chciał iść razem z Cielem do toalety. Pojedynek rozpoczyna się drobnym oszustwem Ciela (miał odwrócić się po policzeniu do 10, a zrobił to po 5. Niestety, Alois się tego domyślił...). Swoją drogą teksty Trancy’ego podczas walki są... no sami sobie to skomentujcie. Ciel zaczyna przegrywać, a nawet spada z pierwszego piętra. Te komentarze Aloisa mnie dobijają. Przy okazji dowiadujemy się, że pająki są duszożerne. Ciel łapie ostrze miecza gołą ręką, po czym robi Alojzemu brzydkie ziazi. Tę scenę widzą obaj lokaje, którzy przerwali swój własny pojedynek, słysząc, że ich panowie walczą. Ranny Trancy płaszczy się, jęczy, ryczy i w ogóle zachowuje się żałośnie i niehonorowo, aż żal patrzeć. Ciel chce go dobić, ale Alojzy mówi mu, że został omamiony przez otaczające go demony, wyjawia swoją przeszłość i beczy, że już nigdy nie będzie przeszkadzał, byleby tylko go nie zabijać. Jednak Phantomhive’a takie jęki wcale nie ruszają. Wobec tego Trancy wzywa Claude’a, który, niestety, powstrzymuje Ciela. Za co dostaje po twarzy. A po zlizaniu krwi Phantomhive’a ze swojego policzka robi minę, która mówi sama za siebie (1 i 2).

Po czym... Sebastian i Ciel przepraszają grzecznie i sobie idą. Alois rzyga krwią, bełkocząc jakieś głupoty, ale Kłod ma to głęboko gdzieś, bo jest zajęty zlizywaniem posoki – dusza Phantomhive bardziej mu smakuje. W ramach protestu Alojzy mdleje. I odcinek, dzięki niech będą niebiosom, się kończy.

 

Zdaje się, że następny odcinek będzie o traumie Aloisa. Już na samą myśl o tym ciarki mnie przechodzą...

Ja się pytam: co oni zrobili? Co oni zrobili, odrzucając ten świetny scenarisz z mangi, który przecież mieli do dyspozycji? Seria ma wyraźną tendencję spadkową - zdąża w stronę bezsensownego (dodajmy: yaoicowego) fanserwisu i całkowitego absurdu... I chyba nawet Sebastian jej nie uratuje.

niedziela, 15 sierpnia 2010
Wrażenia tygodnia (08.08 – 14.08)

Wrażenia tygodnia (08.08 – 14.08):

W tym tygodniu obrazek z Shiki.

Shiki

1. One Piece – 461:

Statki Białobrodego pojawiają się w Zatoce Marineford. Tymczasem Luffy przepływa przez Bramę Sprawiedliwości. Scena wyjaśniania Ivie, że Dragon nie jest ojcem Ace’a, wyszła bezbłędnie. „Miałem o tym nikomu nie mówić” – Luffy jest naprawdę podobny do swojego dziadka :D Cała ta sytuacja jest dla mnie dowodem, że Luffy wcale nie jest takim idiotą, na jakiego na pierwszy rzut oka wygląda. Zdradził Ivie tożsamość swego rodziciela, gdy tylko ten przyznał, że jest towarzyszem Dragona, ale ani słowem nie zająknął się o tym, że z Acem nie łączą ich więzy krwi. Dzięki temu zyskał potężnego sojusznika. Nie wierzę, że zrobił to przez przypadek :)

I mamy wspomnienie, jak Ace dołączył do załogi Białobrodego, które też bardzo ładnie wyszło. Aczkolwiek wkradł się jeden, bardzo poważny błąd – w retrospekcji spotkania Ace’a z Shanksem ten drugi ma obie ręce! A przecież to było kilka lat po tym, jak stracił jedną, ratując Luffy’ego...

 

2. Sengoku Basara – 5:

Podczas bitwy Date stracił jeden z sześciu mieczy, ale i tak bardziej tęskni za swoim porwanym Prawym Okiem. Bierze katanę Katakury zamiast zgubionej i wyrusza wraz ze swoją armią. Niestety na drodze staje mu wojsko Kenshina. Tymczasem Takenaka nie próżnuje i dalej próbuje przekonać Katakurę, by dołączył do Toyotomiego. W tym celu daje mu miecz Datego i wmawia mu, że Jednooki Smok poległ na polu bitwy.

Wojsko Datego nie może przeprawić się przez rzekę z powodu stacjonującej na drugim brzegu armii z Eichigo. Wobec tego urządzają sobie piknik i czekają na rozwój wydarzeń. Wreszcie pojawia się sam Kenshin

Keiji dociera wreszcie do Osaki i widzi wyruszające wojsko Toyotomiego. Chce porozmawiać z dawnym przyjacielem, ale zostaje zatrzymany przez Takenakę. Armię Toyotomiego widzi Sanada i już wie, że nie zdąży dotrzeć do Shikoku przed bitwą...

Okazuje się, że Kenshin opóźnił marsz armii Datego, tylko po to, by żołnierze z Osaki mogli odpocząć po poprzedniej bitwie. Bóg Wojny z Eichigo uważa, że Date jest jedynym, który może się mierzyć z Sanadą, a także zakończyć bezsensowną wojnę. Po przyjacielskiej wymianie ciosów przez dowódców, obie armie wyruszają, każda w swoją stronę.

Podsumowując: było hałaśliwie, wesoło i fajnie jak zwykle.

 

3. Fairy Tail – 41:

Czy tylko ja mam wrażenie, że twórcy na siłę wszystko skracają i przyspieszają? Chyba nie zdają sobie sprawy, że po Fighting Festiwal Arc mają jeszcze tylko Oracion Seis i niedokończone jeszcze Edoras. Pędzą jakby oszaleli, a potem będziemy mieć rok fillerów...

W tym tygodniu również w FT był błąd – w jednej scenie Erza płakała i łzy ciekły jej z obu oczu, a przecież w nie dalej niż w poprzednim odcinku było wspomnienie, że z powodu dawnej rany jedno oko jej nie łzawi...

Ale scena pogrzebu i koniec sagi Rajskiej Wieży były bardzo klimatyczne. W drugiej, mocno obciętej w stosunku do mangi części odcinka bardzo ładna była piosenka Miry, pomimo jej dość infantylnych słów. Piosenka Gajeela też miażdżyła. Wiele osób narzeka na jego wygląd w anime, ale mnie tam on nie przeszkadza, nigdy nie byłam jakąś wielką fanką tej postaci.  Za to Laxus pod koniec odcinka wyglądał... dziwnie.

 

4. Nurarihyon no mago - 6:

Tu również akcja pędzi na łeb, na szyję. I bardzo dobrze. W przeciwieństwie do tragicznego 4 i dość kiepskiego 5, odcinek 6 bardzo mi się podobał. Zmiany nie rzucały się tak w oczy, dobrze, że twórcy darowali sobie ten zbędny fanserwis w scenie walki Yury. A oczko Mezumaru było wybitnie badassowskie :) Momenty, w których Tsurara desperacko próbuje znaleźć jakieś zagrożenie też wyszły nieźle. No i Rikuo wreszcie pokazał, że nawet jako człowiek nie jest takim mięczakiem, na jakiego wcześniej się kreował. A dalej będzie już tylko lepiej.

 

5. Seikimatsu Occult Gakuin – 6:

Kłopotów z odmienioną Kozue ciąg dalszy. Fumiaki mnie nieco zaskoczył swoją propozycją uratowania dziewczyny. Trochę zyskał w moich oczach. Ale potem okazało się, że miał emo przeszłość i znowu stracił :P Zresztą samo rozwiązanie całej sprawy też nie było jakieś powalające, ale zaskutkowało ogłoszeniem zawieszenia broni przez Mayę. I propozycją współpracy. Ba, okazało się, że Maya potrafi być miła! Przynajmniej przez chwilę.

 

6. Kaichou wa Maid-sama! – 20:

Odcinek o tym, jak Usui stał się wymarzonym księciem pewnej małej dziewczynki. Dokładnie rzecz ujmując – młodszej siostry Yukimury. Czyli nudnych zapychaczy ciąg dalszy, już wolałam oglądać konkurs na lokaja. Przy okazji – Usui, błagam, nie czesz się tak więcej, wyglądasz okropnie.

Druga połowa odcinka traktowała o Aoi-chan i była jeszcze głupsza.

 

7. Densetsu no Yuusha no Densetsu – 7:

Wyjątkowo nudny odcinek.  Wprawdzie było dużo Rynera, który wciąż jest przeuroczo zdeterminowany, by nic nie robić, ale pojawiła się też Kapitan Milk, która jest irytująca. Nawet bardzo. Właściwie to cały epizod bohaterowie tylko łazili, gadali i wspominali. Później miała miejsce jedna krótka walka, zakończona ożywieniem kolejnego wielkiego magicznego mecha. Pardon, tym razem był to smok, ale i tak wyglądał na mecha. Swoją drogą Ryner dał kolejny popis nonszalancji, ciskając w krzaki magicznym mieczem („Cholera, jak mam odkryć, jak to działa, w takim hałasie?!”), a potem uciekając z miną a’la poker face, gdy tylko pojawił się potwór.

A na koniec Sion otrzymuje informację, że wybuchła mu rewolucja. Niech się w końcu weźmie za siebie i wprowadzi rządy silnej ręki, zamiast się mazać, głupek jeden.

 

8. Shiki – 6:

Megumi jednak stała się wampirem, a Natsuno nie jest taki głupi, jakby się mogło wydawać, i załapał, że to on pewnie będzie następną ofiarą różowowłosej upiorzycy. Tymczasem doktorek chodzi coraz bardziej sfrustrowany. Nie dziwię się mu – musi być świadkiem śmierci wielu osób, w tym dzieci, i informować rodziny o zgonach. W dodatku nie ma nawet pomysłu na diagnozę. Jak odkryć przyczyny choroby, która objawia się tylko apatią i anemią, a w ciągu kilku dni powoduje śmierć? Tymczasem Seishin odkrywa parę ciekawych szczegółów: zmarłe osoby, które pracowały poza granicami wioski, na kilka dni przed śmiercią złożyły wymówienia. Poza tym ma miejsce niezwykła ilość przeprowadzek, a wyjeżdżające osoby nikomu nie podają nowego adresu. Dzieli się tymi spostrzeżeniami z Toshio, ale ten nie chce go wysłuchać, bo uważa, że to nic nie wnosi do sprawy epidemii.

W nocy Seishina po raz kolejny odwiedza Sunako. Po zachowaniu tej wampirzycy widzę, że już dawno upatrzyła sobie mnicha na ofiarę i chyba zamierza bawić się jedzeniem. Zwykle tego typu niewinna postać albo jest głównym złym, albo zdradza rodzinę i staje po stronie ofiar, ginąc bohatersko w ostatnim odcinku/rozdziale. W tym anime osobiście stawiam na to pierwsze.

Tymczasem Natsuno ogląda filmy o wampirach. Wysłuchuje także rodzimej legendy o Okiagari, zmarłych powracających do życia. W poszukiwaniu wiedzy udaje się do biblioteki (I w tym momencie dygresja – dlaczego bohaterowie opowieści o wampirach nigdy nie mają o nich zielonego pojęcia? Książek nie czytają, czy co?). Okazuje się, że wszystkie dzieła o wąpierzach pożyczył nie kto inny, ale Seishin.

W wiosce aż huczy od plotek, chociaż ludzie ciągle są spokojni. Poszczególne śmierci nie są ze sobą powiązane, zresztą większość osób umiera w szpitalu, poza granicami wsi. Ale niektórzy dobrze zauważają: tajemnicze zgony zaczęły się dopiero, gdy obcy wprowadzili się do Kanemasy. Panika za to dosięga niektóre osoby z personelu szpitala – jedna z pielęgniarek składa wymówienie.

Tymczasem doktorek chyba wreszcie odkrył, że wielu chorych ma dwa tajemnicze ślady po ugryzieniu. Swoją drogą ten rozkład śladów świadczy, że wampir musiał mieć naprawdę wieeeelką szczękę.

Za to Natsumu wziął się za produkcję drewnianych krzyżyków. Idiota. Przecież Megumi nie była chrześcijanką, więc jak ten znak ma na nią podziałać? Równie dobrze mógłby wywiesić ząb Offlera, Boga-Krokodyla. Potem idzie do doktorka i pyta go, czy Shimizu naprawdę całkowicie i ostatecznie umarła i nie może wrócić do życia, na co doktor śmieje się i odpowiada, że to głupota – musiałaby stać się zombie albo wampirem. I nagle uśmiech znika z jego twarzy. Chyba wreszcie zaczął kojarzyć...

W pobliżu zamku Kanemasa czai się rodzeństwo Tanaka. Akira widział, jak wchodzi tam jeden z niedawno zmarłych mieszkańców. Postanawiają więc wkraść się na teren posiadłości. Nie wiedzą jednak, że całą ich rozmowę słyszy jeden z wampirów, Tatsumi...

Podsumowując: anime coraz bardziej mi się podoba. W dodatku klimatem przypomina mi „Miasteczko Salem” Kinga.

 

9. Katekyo Hitman Reborn! – 197:

Po blisko siedmiominutowym przypomnieniu poprzednich wydarzeń, przez prawie cały odcinek Sasagawa walczy z Kikyo i słabo mu to wychodzi, bo przecież jest ranny. Inni bohaterowie zamartwiają się, ględzą tudzież gapią się na pojedynek. Pod koniec odcinka, kiedy trwający 10 minut trzyminutowy power-up Ryoheia przestaje wreszcie działać, pojawia się Hibari i dinozaur odgryza mu rękę. Zmartwiłabym się tym, gdybym wcześniej nie czytała mangi (swoją drogą tam ta scena była o wiele bardziej emocjonująca) i nie wiedziała, że potwór zaatakował tylko iluzję, rzuconą przez... No właśnie. W następnym odcinku wielki powrót Mukuro Rokudo i jego wesołej paczki. Stęskniłam się za draniem.

niedziela, 08 sierpnia 2010
Kuroshitsuji 2 - odcinek 6

Kuroshitsuji 2 – odcinek 6:

Kuroszek

Na początku odcinka mamy krótkie wspomnienie Sebastiana – sytuację z końca pierwszej serii. Jak widać, chciał jednak pożreć duszę Ciela, ale coś mu przeszkodziło.

Po openingu wracamy do pojedynku Sebastiana ze sługusami Aloisa. Służący-trojaczki próbują zabić Sebcia przedmiotami domowego użytku, w tym drabiną. Wszyscy wiemy, że to urządzenie jest diabelnie mordercze, szczególnie dla klaunów. Swoją drogą kwiknęłam radośnie, gdy Claude nazwał swoich podwładnych piekielnymi pomiotami. Przy okazji wydało się, że Sebastian jest fetyszystą walizek. W odróżnieniu od zwinnego po kociemu Sebcia, Kłod stoi jak kłoda, albo raczej jakby mu ktoś kij wetknął nie powiem gdzie.

Tymczasem na balu służąca Alojzego wnosi jakiś dziwny instrument i gra na nim melodię, od której wszystkich bolą głowy. Phi, też tak umiem, dajcie mi tylko jakiś flet! W dodatku nawet nie muszę robić czegoś tak obleśnego jak publiczne oblizywanie palców, żeby to osiągnąć. No dobra, ale takiego efektu już nie spowoduję. Na szczęście Lau wie co to za instrument, więc zatyka sobie uszy korkami z wina (wniosek: albo oni mają miniaturowe korki, albo monstrualnie wielkie dziurki w uszach...).

W lesie po chwili odpoczynku Sebastian dalej walczy z trojaczkami, wyczyniając przedziwne sztuki, byleby tylko nie pozwolić Cielowi usłyszeć złowrogiej melodii. Panicz chce wracać do zamku, ale Sebcio mówi, że jego przyjaciele się tym zajmą. Na balu znajomi i służba młodego Phantomhive’a całkiem nieźle sobie poczynają, ale zzombieni imprezowicze ciągle wstają i atakują. Niestety nikt nie jest na tyle sprytny, żeby po prostu unieszkodliwić grającą panią. Z pomocą przychodzi Sebastian, który gra na kieliszkach. Dźwięki wydawane przez szkło powodują, że instrument służącej Aloisa wybucha, ogłuszając grającą, a Sebcio dostaje brawa. Na salę wraca Ciel oraz Alojzy i udają, że nic się nie stało, a wydarzenia wieczoru w ogóle nie miały miejsca.

Nieoczekiwanie Sebastian żąda rozmowy z Claudem. Ten drugi otrzymuje od Aloisa rozkaz – ma to zakończyć w 10 minut. Oba demony spotykają się na mostku nad wodą. Księżyc świeci, wietrzyk powiewa, nastrojowa muzyka w tle... w sam raz na walkę. Z rozmowy wynika, że Sebastian jest zazdrosny. I to piekielnie. Ten, no... Przypominam, że ja wcale nie jestem yaoistką.

Okazuje się, że to Kłod (zmieniony w pająka) zaiwanił duszę Ciela, w chwili gdy Sebastian miał ją zabrać w ostatnim epizodzie poprzedniego sezonu, co spowodowało straszliwy gniew Michaelsa. Przy okazji wyjaśniło się, kto tak naprawdę sprawił, że Eyjafjallajokull wyemitował chmurę dymu. Czyli już wiemy, dlaczego Sebek przybył do domu Trancy w poprzednim odcinku.

A tak na marginesie – Sebastian ma Aurę Zajebistości niczym bohaterowie Sengoku Basary!

Z rozmowy podczas walki demonów dowiadujemy się, że utrata pamięci przez Ciela jest skutkiem kradzieży jego duszy. Phantomhive nie pamięta o swoim cierpieniu, dlatego nie pragnie zemsty, a Sebastian chciał duszy pałającej nienawiścią. Okazuje się, że Alois chciał porwać Ciela, żeby zrobić Sebciowi na złość, ale lokaj nie jest zainteresowany taką oczyszczoną duszą. Dlatego deklaruje się przywrócić Cielowi chęć zemsty i składa Kłodowi pewną propozycję. Dokonują dziwnego rytuału zachlapania białej róży krwią, który ponoć ma pieczętować umowę: Kłod stanie się nowym wrogiem Ciela i zabierze go dopiero, gdy ten znowu będzie chciał zemsty. Po czym wracają na bal.

Alojzy trochę się wkurza, że Kłod nie zabił Sebka, ale ten zbywa go, mówiąc, że nie tak brzmiał rozkaz. Sebastian wręcza Cielowi dokumenty, według których to Claude i Alojzy(?) są odpowiedzialni za śmierć ojca i tragiczną przeszłość młodego hrabiego. Tymczasem Trancy podrywa Elizabeth, a zazdrosny Phantomhive także zaczyna tańczyć. Jak widać, obaj nie zamierzają odpuścić.

Największe zaskoczenie odcinka: Alois nie zrobił niczego zboczonego.

Wrażenia tygodnia (01.08 – 07.08)

Postanowiłam zmienić trochę sposób prowadzenia bloga. Teraz będę dawać krótkie opisy każdej (no, prawie...) oglądanej przeze mnie serii, oprócz Kuroshitsuji 2, które dalej będzie mieć osobną notkę. A przy każdym podsumowującym tydzień wpisie będzie obrazek z innego opisywanego anime. Zatem już nie przedłużam.

 

Wrażenia tygodnia (01.08 – 07.08):

Fairy Tail

1. One Piece – 460:

W pierwszej części odcinka wyjaśnia się, dlaczego Garp zajął się Acem, dzieckiem Gol D. Rogera. Poznajemy też szczegóły narodzin przyszłego dowódcy 2 dywizji piratów Białobrodego. Twórcy bardzo ładnie i nastrojowo pokazali tę historię. Przy okazji –zauważyłam, że Rouge miała w anime różowe włosy, a w Epizodzie 0 normalny blond.

W drugiej części odcinka pojawia się flota piratów z Nowego Świata, a także Moby Dick, który sprytnie ominął linie wroga i wyłonił się spod wody w samym środku zatoki przy Marineford. W następnym odcinku rozpocznie się pełna chaosu bitwa. Już nie mogę się doczekać. Lata mijają, a One Piece nadal jest genialny :)

 

2. Sengoku Basara – 4:

Bleeeee, powrót Ichi. Przez cały pierwszy sezon myślałam „Niech ją ktoś wreszcie zabije”, ale nawet to nie wystarczyło, głupia krowa musiała pojawić się w drugim sezonie. Naprawdę rzadko która postać tak mnie irytuje. Rozmowa Sakaty z Hisahidem była troszkę nudnawa. Ale jak tylko wspomnieli Nabunagę, musiał, no po prostu musiał zabrzmieć w tle męski chórek. Nie wiem dlaczego, ale ten podkład muzyczny zawsze wywołuje u mnie niekontrolowany atak śmiechu. Grafika jak zwykle świetna, zadbano nawet o efekt prześwitywania światła księżycowego przez dziury w dachu. W każdym razie odcinek był bardzo pouczający, można było się z niego dowiedzieć, że mroczne, wypełzające spod podłogi cienie można pokonać ognistą Aurą Zajebistości.

Tymczasem Date Matsamune, ranny po walce z Toyotomim, kurował się w rozwalającej się chatynce. Jak widać, nawet ciężko ranny jest ciągle seksowny. Zresztą Date nie byłby sobą, gdyby nie walczył, chlapiąc naokoło własną posoką i kalecząc jednocześnie angielski. Z retrospekcji dowiadujemy się, że Toyotomi nie zabił go tylko dlatego, że przypomniało mu się, iż kiedyś Keiji ochraniał go w taki sam sposób, w jaki podwładni próbowali ocalić Jednookiego Smoka. Natomiast sam Keiji rusza do Osaki, by powstrzymać swojego dawnego przyjaciela.

 

3. Fairy Tail – 40:

Finał walki z Jellalem. Cóż mogę powiedzieć? Jellal został pokonany dzięki Prawu Bezużyteczności – taki geniusz zła, a nie wie, że w trakcie walki nie wolno powiedzieć „bezużyteczny” tudzież „bezsensowny”, bo się przegra... :P Natomiast sceny śmierci Simona i poświęcenia Erzy wyszły naprawdę ładnie i wzruszająco. Chociaż nadal irytuje mnie ocenzurowanie wszelkiej krwi... Ale za to niektóre kawałki z nowego soundtracku są naprawdę świetne.

 

4. Nurarihyon no mago - 5:

Jest lepiej niż było, moje modły zostały wysłuchane, bo twórcy wprowadzili mniej zmian niż w poprzednich odcinkach. Napięcie i odpowiedni nastrój pod koniec epizodu też udało się im utrzymać. Zresztą fabuła właśnie zaczęła się rozkręcać. Gozu i Mezu mają fajne głosy, aczkolwiek Fukuyama Jun i Hirano Aya coraz bardziej mnie irytują, a fakt, że odgrywają rolę głównych bohaterów, wcale nie pomaga.

 

5. Seikimatsu Occult Gakuin – 5:

Odcinek mniej nudny od ostatnich dwóch, bo było mniej Fumiakiego. Ja tam wcale nie dziwię się Mayi, że ma ochotę mu przywalić. Mnie samej otwiera się nóż w kieszeni na jego widok. Okultystyczne perypetie Naruse były trochę przynudnawe, aczkolwiek zaskoczył mnie bardzo cytat z Małego Księcia. Zobaczymy, co dalej, ale wydaje mi się, że twórcy sami do końca nie wiedzą, w którą stronę to anime podąży. Mam takie dziwne wrażenie, że fabuła rozłazi się od środka. Po pięciu odcinkach wiemy niewiele więcej niż po 1, a do odnalezienia Klucza Nostradamusa bohaterom wciąż dalej niż bliżej.

 

6. Kaichou wa Maid-sama! – 19:

Zastanawiam się, ile razy można wykorzystywać ten sam schemat fabularny – Misaki próbuje być samodzielna, popada w kłopoty, Usui ją ratuje, dziewczyna uświadamia sobie jakąś ważna życiową prawdę. I tak w koło Macieju. Połowa odcinków tego anime to fillery, nic nie wnoszące do fabuły. Serię ratuje tylko Usui, który jest naprawdę przeuroczy. Zastanawiam się, czy chociaż pod koniec anime się rozkręci – drugi ending dał mi na to odrobinę nadziei.

 

7. Densetsu no Yuusha no Densetsu – 6:

To anime jest takie trochę nijakie. Spodziewałam się parodii fantasy (tak mówiły zapowiedzi i pierwszy odcinek), a dostałam fantasy normalne i to okraszone wątkiem politycznym. Nie powiem, żebym tego typu wątków nie lubiła (wręcz przeciwnie), ale w tej serii prezentuje się on na razie strasznie bezpłciowo. Mamy młodego króla, Siona, który chce stworzyć świat bez wojen. Szczerze mówiąc, jego zamiary są strasznie utopijne i wątpię, czy kiedykolwiek zdoła je zrealizować, ale to mniej ważne. Ważniejsze jest, że część arystokracji opiera się takiej polityce, chce się pozbyć młodego króla, więc co rusz urządza spiski, albo pokazuje, kto tu rządzi. A Sion próbuje nie dać się zabić.

Drugi wątek – poszukiwanie starożytnych artefaktów przez Reinera i Ferris (zlecone przez króla) na razie praktycznie nie istnieje, bo Sion wepchnął się na pierwszy plan i chyba dość długo tam pozostanie. A szkoda, bo bardziej interesuje mnie postać Reinera i jego tajemnicza moc, chciałabym zobaczyć go w akcji.

Co do samego odcinka – jeśli chodzi o wprowadzonego już w poprzednim epizodzie Mirana, to mu nie ufam i już. Prawdopodobnie dlatego, że nosi ciemne ubrania, ma na rękawach piórka, błyska czerwonym pierścieniem i ewidentnie coś knuje. Coś, co pachnie mi jak nieoczekiwany cios w plecy albo zdrada w kluczowym momencie. Mimo mojego braku zaufania, postać jest ciekawa i na pewno czymś nas jeszcze zaskoczy. A jeśli chodzi o niespodziewaną walkę Mirana z Reinerem i Ferris pod koniec odcinka, to trochę mnie zaskoczyła. Zobaczymy, jak Sion z tego wybrnie. Początkowo myślałam, że chciał sprawdzić Mirana, ale okazuje się, że do pojedynku doszło tylko przez przypadek.

 

8. Shiki – 5:

Czy wydarzenia z końca poprzedniego odcinka to był sen, czy jednak nie? Natsuno budzi się i nie widzi nigdzie Shimizu, ale Tohru zapada na tajemniczą chorobę (czyli został ugryziony przez wampira) i umiera. Za to Masao to bez dwóch zdań najbardziej wkurzająca postać tego sezonu. Bije na głowę wszystkie inne. Design jego postaci, ewidentny zespół Aspargera i egoizm powodują, że mam ochotę go zamordować. Ale chyba nie muszę, bo sądząc po końcówce odcinka już po nim. Pomimo wyjawienia kilku kluczowych spraw, zagadki nadal się piętrzą. Wiemy już, że za tajemnicze zgony odpowiedzialne są wampiry (chociaż bohaterowie jeszcze nie mają o tym pojęcia), ale zagadką pozostaje, co naprawdę dzieje się z pogryzionymi ludźmi, dlaczego nie wszyscy stają się wampirami oraz jaki tak właściwie cel przyświeca rodzinie wąpierzy. Napięcie rośnie i robi się coraz ciekawiej, a muzyka jest naprawdę klimatyczna. Gdyby tylko wygląd postaci był inny... Te włosy doprowadzają mnie do rozpaczy.

 

9. Katekyo Hitman Reborn! – 196:

Już dawno stwierdziłam, że sposób ekranizacji tej mangi strasznie mi się nie podoba. Ja rozumiem, że anime prawie dogoniło pierwowzór, stąd straszna ilość fillerów, wspomnień i przedłużeń akcji, ale bez przesady. W mandze bitwa z Byakuranem była dynamiczna, tu wlecze się jak ślimak pod górę po kamienistej drodze. Bohaterowie ciągle tylko gadają, chodzą, gadają, gapią się, gadają, zastanawiają się, gadają, a towarzyszący temu motyw muzyczny skutecznie zabija resztki klimatu. Zdaje się, że jak tylko skończy się saga z Byakuranem, daruję sobie anime, zwłaszcza, że pewnie znowu będą fillery w stylu „życie codzienne Tsuny”.

Wracając do odcinka: najlepszym, bezkonkurencyjnym, ratującym seans momentem było pojawienie się psycholi z Varii. Mam do nich straszną słabość, zwłaszcza, że Xanxus z przyszłości wygląda świetnie z długimi włosami :) I jeszcze ta radość na wieść o prawdopodobnej śmierci Squalo... No po prostu ich kocham.

1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10